Mądrzejsi "piętnastoletni"

Z dr. inż. Markiem Bielskim, przewodniczącym Rady Nadzorczej Polskiej Izby Systemów Alarmowych, przewodniczącym komitetu obchodów 15-lecia PISA, rozmawiają Marta Dynakowska i Andrzej Popielski

Czy Pan, po 15 latach od „buntu” w Jachrance, w którego wyniku powstała PISA, odpowie twierdząco na pytanie: Było warto?

Nie wydaje mi się, żeby określenie „bunt” było stosowne, bo jego wydźwięk jest niekorzystny. My po prostu postanowiliśmy pójść inną drogą niż pan inż. Bogdan Tatarowski (tu proszę o wymienienie imienia i nazwiska, ponieważ to wszystko związane było z jego osobą, stylem działania i planem zorganizowania życia w branży). U źródła powstania PISA był brak zgody na to, żeby wszystko w branży było podporządkowane i zależało wyłącznie od jednej osoby. Chcieliśmy wprowadzić do statutu organizacji powiew demokracji i taki pogląd zaprezentowaliśmy w sali obrad w Jachrance. To jednak zdecydowanie nie spodobało się panu Bogdanowi Tatarowskiemu, który prowadził spotkanie. Odebrał głos naszemu przedstawicielowi Andrzejowi Grodeckiemu i nie pozwolił dalej zgłaszać poprawek do statutu.

Przyznaję, to ja dałem hasło do opuszczenia sali. Duża grupa przedstawicieli firm reprezentujących sferę zabezpieczeń technicznych udała się na pobliską polankę nad Zalew Zegrzyński. I tak zrodziła się idea, żeby powołać Polską Izbę Systemów Alarmowych. Po miesiącu spotkaliśmy się na zjeździe założycielskim w Warszawie w Instytucie Tele- i Radiotechnicznym przy ul. Ratuszowej. Zebrali się tam, jak pamiętam, przedstawiciele 123 firm. I to jest historia początku naszej organizacji. A wracając do tego tzw. buntu, to pokazaliśmy w sposób dopuszczalny w demokracji, że chcemy iść własną drogą.

Czy było warto? Oczywiście. Izba przetrwała 15 lat, ma aktywnych członków i z powodzeniem realizuje statutowe cele. Potrafiła również stworzyć alternatywę dla systemu branżowych szkoleń zawodowych. W przeciwieństwie do niektórych od początku w naszym ośrodku postawiliśmy na jakość organizowanych przez nas szkoleń i na wysokie kwalifikacje wykładowców i słuchaczy, a nie na liczbę i produkcję świadectw.

To powiedzmy o celach merytorycznych istnienia Izby.

Jednym z ważniejszych była chęć działania na rzecz certyfikacji i dopuszczeń technicznych do rynku urządzeń stosowanych w branży zabezpieczeń. To się udało w 100%. W wyniku naszych starań powstał niezależny państwowy ośrodek badawczy sprzętu stosowanego w zabezpieczeniach i jednostka certyfikująca w Przemysłowym Instytucie Elektroniki (PIE). Tak stworzyliśmy alternatywę dla prywatnego „Techomu”.

Przez wiele lat czynnie wspieraliśmy ten Instytut, merytorycznie poprzez uczestnictwo w Radzie Naukowej i opracowania różnych programów związanych z badaniami sprzętu. Pokazaliśmy im również – bo zorganizowaliśmy wizyty referencyjne – jak wyglądają laboratoria badawcze w Europie Zachodniej.

Ten wywiad jest – przynajmniej w założeniu – jubileuszowy. Przy takich okazjach mówi się zazwyczaj co się udało, a co nie. Przedstawia się pewien rodzaj bilansu sukcesów i strat...

Dokonania Izby byłyby bardziej znaczące, gdyby nie polityka. Brutalnie wkraczała do naszego życia i wiele popsuła. Za największe niepowodzenie uważam zmianę polityki MSWiA wobec współpracy z branżą po wygranych wyborach przez SLD, kiedy zaprzepaszczone zostały wszystkie inicjatywy podejmowane przez gen. Wachowskiego, zastępcę komendanta głównego policji odpowiedzialnego za pion prewencji. Mam tu na myśli „Bezpieczne miasto” i po drugie – Radę Porozumienia na Rzecz Bezpieczeństwa. Uważam, że była to najlepsza w nowej Polsce po 1989 r. inicjatywa na rzecz bezpieczeństwa obywateli.

Te czasy np. zaowocowały ożywionymi kontaktami z Wyższą Szkołą Oficerską Policji w Szczytnie i Centrum Szkolenia Policji w Legionowie (w tym ostatnim nie zmaterializowały się nie z naszej winy w żadne osiągnięcia). Ale w Szczytnie stworzyliśmy laboratorium do nauki technik zabezpieczeń. Od „zera” robiliśmy zbiórkę urządzeń wśród naszych firm członkowskich, stworzyliśmy standy laboratoryjne do pracy, znaleźliśmy też ludzi, którzy ułożyli programy, oraz odpowiednich wykładowców. Wiem, że ten program funkcjonuje do dzisiaj. To oni szkolą dzielnicowych, czyli pierwszy szczebel, który ma bezpośredni kontakt ze społeczeństwem.

Dobre kontakty i pomysły – prawie wszystko zostało „zaorane”, zmarnotrawione przez nowe władze, a cała rzesza specjalistów, zupełnie apolitycznych, została wymieciona po zaszufladkowaniu, jako „AWS-owska”. Ponieważ wtedy intensywnie współpracowaliśmy z KGP i MSWiA, a były to rządy AWS, więc nas także zaszufladkowano jako część tego układu. Gdyby nie polityka i „życzliwość branżowa”, doprowadzilibyśmy zapewne do końca system ogólnopolskiego powiadamiania o przestępstwie. To była koncepcja opierająca się na ścisłej współpracy między policją, branżą ochrony – zarówno fizycznej, jak i technicznej – a obywatelem. Chcieliśmy doprowadzić do takiej sytuacji jaka jest np. w Szwajcarii, gdzie policja interweniuje na wezwania i są to interwencje trafione w 100%.

Jest zaufanie do ośrodków wstępnie weryfikujących zgłoszenia sygnałów alarmowych, a policja jest powiadamiana tylko o rzeczywistych zagrożeniach. W ówczesnym kierownictwie KGP koncepcja spotkała się z dużym zainteresowaniem. Zaczęliśmy już gromadzić siły i środki, żeby zorganizować stronę techniczną tego ośrodka (systemu, pomysłu), kiedy przyszły wybory. Do władzy doszło SLD i drzwi KGP zostały zamknięte na klucz.

I do tej pory nie zostały otwarte, mimo że opcje polityczne potem się zmieniały. Mało tego, zostali zwolnieni ludzie. Było szukanie przez następne władze, przez służby wewnętrzne policji, podtekstu korupcyjnego. Nie znaleziono go, bo go nie było – poza kontaktami towarzyskimi i wspólnymi zainteresowaniami – policjanci zostali oczyszczeni, ale wcześniej trwale skrzywdzeni. Ale co znamienne, na naszych obchodach 15-lecia kilka lat później, bo w 2009 r., nie było przedstawicieli KGP.

Dokonania Izby byłyby bardziej znaczące, gdyby nie polityka. Brutalnie wkraczała do naszego życia i wiele popsuła.

Może jeszcze się boją?

Jeśli się boją , to nie tych co trzeba.

Co Pan powie o smutnych wnioskach po wieloletnich staraniach o większą integrację branży. Byliśmy na stronie internetowej Unii Porozumienia Organizacji Branży Ochrony (UPOBO). Czy dokonania tego ciała są tak martwe, jak ta strona?

Nie wchodząc głębiej w historię i dokonania UPOBO, to w tej chwili sytuacja w branży, w polityce i na rynku nie sprzyja integracji. Nie można bowiem podejmować wspólnych inicjatyw, gdy nie ma do kogo ich kierować. Jeśli policja przed nami zamknęła drzwi, jeżeli MSWiA nie chce współpracować, to nie potrzeba, abyśmy mówili jednym głosem. W historii, o której opowiedziałem wcześniej, było miejsce na jeden głos, bo wtedy był sens i oczywiste korzyści ze współpracy z naszą branżą. Teraz tym organom jest nawet wygodniej, że jesteśmy rozczłonkowani. Bo jesteśmy słabsi.

Co jeszcze zakończyło się brakiem sukcesu? Co było sukcesem?

To jakby kontynuacja logiczna wcześniejszych konstatacji. Możemy mówić o pracy Izby na rzecz legislacji, udziale we wszystkich tych posiedzeniach komisji parlamentarnej zajmującej się przygotowaniem ustawy i o uczestnictwie w komisji roboczej przy MSWiA. To zakończyło się niczym, bo ustawa nie została przez tyle kolejnych kadencji parlamentu doprowadzona do kształtu pożądanego. Sprawy bezpieczeństwa i naszej branży nigdy nie były tzw. języczkiem u wagi dla naszych polityków. Cała ta para poszła w gwizdek.

Teraz o normalizacji – zaalarmowani stanem prac nad normami przez naszych członków na Walnym Zgromadzeniu dwa lata temu podjęliśmy intensywną współpracę z Polskim Komitetem Normalizacyjnym. Zaangażowaliśmy się w prace komitetu NKP 52, jeśli chodzi o polonizowanie norm europejskich i wdrażanie na nasz rynek, finansowanie tłumaczeń. Nie otrzymywaliśmy na to pieniędzy z PKN czy ubezpieczeniowego funduszu prewencji. Zarobione na szkoleniach, czy ekspertyzach pieniądze inwestujemy w cele społeczne i dla dobra branży (np. w normalizację). Jesteśmy organizacją non profit.

W wyniku naszych starań powstał niezależny państwowy ośrodek badawczy sprzętu stosowanego w zabezpieczeniach i państwowa jednostka certyfikująca w PIE.

Nieskromnie powiedzmy, że również „Systemy Alarmowe” przyczyniły się swoimi publikacjami do przyspieszenia rozwiązania problemu braku normy. Spotkanie przy „owalnym stole” w redakcji było właściwym impulsem. A co może Pan powiedzieć dobrego o Biurze Doradztwa i Ekspertyz?

Jest to mocny punkt w działalności PISA. Biuro oferuje pełny profesjonalizm. Przyjęliśmy zasadę dwojakiego świadczenia usług. Raz – jako usługę gwarantowaną dobrym imieniem PISA i firmowaną przez Izbę. Dwa – jako usługę, która jest oferowana w uzasadnionych przypadkach przez eksperta jako osobę prywatną. Bo jeżeli rzecz dotyczy np. jakiegoś sklepu w malutkiej miejscowości, to naprawdę nie ma sensu, żeby obciążać kosztami jego właściciela, bo ich nie udźwignie. Natomiast jeśli mieszkający obok ekspert zrobi mu to za „200 zł”, to zupełnie inna historia. A do jego celów taka ekspertyza, podpisana i ostemplowana przez eksperta, w zupełności wystarczy.

W pracy przyjęliśmy zasadę zdroworozsądkowej kalkulacji kosztów. U nas oferty na ekspertyzy wynikają z rzeczywistego pomiaru, ile czasu i pracy trzeba poświęcić ekspertyzie. Kalkulacje nasze są podobne do kalkulacji innych ekspertów z firm doradczych. Rzetelnie, a nie z kapelusza, bez takiej postawy: jaką stawkę klient wytrzyma?

W początkach działalności biura doradztwa bywało tak, że konkurencja dała ofertę na 120 tys. zł, a my na to samo 20 tys. zł. Na klienta patrzymy w perspektywie długofalowej i bardziej zależy nam na wizerunku i opinii rzetelnego podmiotu, niż aby go dopaść i wycisnąć z niego jak najwięcej.

O działalności Ośrodka Szkoleniowego PISA – jest Pan przewodniczącym jego Rady Programowej – sporo dałoby się opowiedzieć za pomocą statystyki. My zapytamy, czy szkoleniowa placówka Izby ma także ofertę dla ludzi spoza naszej branży, np. dla inwestorów? Chcielibyśmy przypomnieć, że od samego początku istnienia „Systemów Alarmowych” (tj. od 1992 r.) temat edukacji ludzi spoza branży uznawaliśmy za priorytetowy.

Oczywiście tak. Prowadzimy kursy również dla administratorów takich, którzy np. w bankach administrują systemami. Bankowcy chętnie uczestniczą w kursach nie tylko dla administratorów, ale także dla inwestorów. Bo chcą mieć bardziej wszechstronne spojrzenie. Chcą np. umieć organizować przetargi. Do tej pory branża stwarzała im możliwość uczestniczenia jedynie w kursie na instalatora albo projektanta.

A oni przecież nie chcą być ani jednym, ani drugim. Chcą umieć kontrolować projektanta, odebrać robotę od instalatora albo ustalić wymagania przetargowe. Chcą w praktyce dobrze eksploatować systemy, które posiadają. Użytkownicy mają się czego uczyć. Według mojej oceny systemy telewizji użytkowej są w Polsce wykorzystywane tylko w 30%. Wynika to niestety ze słabej wiedzy o ich faktycznych możliwościach. Głównie chodzi tu o jakość obrazu, bo systemy te nie są właściwie dostrojone, że mają niewłaściwie podobierane obiektywy, a ich parametry są niezgrane z parametrami kamery. Systemy telewizyjne służą więc w zasadzie do stwierdzenia, czy człowiek jest, czy nie, a nie służą do identyfikacji.

Uczymy, czego i jak wymagać od instalatora, jak prowadzić kwestie bieżącej obsługi i serwisu. Istotną sprawą jest nawet administrowanie kodami. Nie tak dawno powszechnym zjawiskiem było, że pani w banku obok czytnika przyklejała sobie karteczkę z zapisanym kodem wejścia do systemu.


Zaangażowaliśmy się w prace komitetu NKP 52, jeśli chodzi o polonizowanie norm europejskich i wdrażanie na nasz rynek, finansowanie tłumaczeń.
 

Wróćmy do naszych specjalistów branżowych. Okazuje się, że instalatorzy nie znają podstawowych zasad łączenia sieci komputerowych. Czy są takie szkolenia?

Z tego co wiem, jeszcze nie. Natomiast coraz częściej już nawet nie tylko firmy średnie, ale także mniejsze zatrudniają informatyków.

Spotykamy się z sytuacjami, że instalator, który instaluje kamery i sprzęt CCTV, a teraz jeszcze często sieciowy, nawet nie umie zadać pytania dotyczącego sieci komputerowych, nie ma o nich tzw. zielonego pojęcia. W praktyce bywa odwrotnie. Panowie informatycy uważający się za „alfy i omegi”, robią takie bzdury, jeśli chodzi o techniki zabezpieczeń, że załamujemy ręce. Specjalizacją, w której taka sytuacja wyprostowuje się, jest integracja. Integratorzy systemów powinni umieć jedno i drugie. Ale takich firm na rynku jest bardzo niewiele.

A szkoleń na taki temat?

Kto miałby je robić? Natomiast kursy informatyczne lub typu jak zaaplikować urządzenie do sieci informatycznej byłyby i wskazane, i pożądane. Nie możemy poprzestać na kursach, nawet w 2 stopniach wtajemniczenia, na instalatora, projektanta czy eksperta. Jest zapotrzebowanie na seminaria i kursy doszkalające tematyczne. Gdy pojawia się zjawisko, musimy dosyć szybko wyjść z ofertą szkoleniową. Przebojem były u nas np. seminaria na tematy antyterrorystyczne.

Niech Pan zwróci uwagę, że poza nielicznymi ośrodkami szkoleniowymi reszta branżowej edukacji toczy się wokół produktowych szkoleń firmowych. Jest na nich omawiany sprzęt tego jednego producenta lub, jeśli szkolenie prowadzi firma dystrybuująca, to ten sprzęt, którym handluje.

U nas jest to niedopuszczalne. Jako Rada Programowa Ośrodka Szkoleniowego, której jestem przewodniczącym, zwracamy uwagę na to, żeby programy szkoleniowe były otwarte. Uczymy technik, a nie obsługi urządzeń konkretnego producenta. Nie pozwalamy na reklamę. Staramy się zatrudniać wykładowców niezwiązanych z firmami. Jest u nas wielu tzw. wolnych strzelców. Owszem, są też reprezentanci różnych firm, z Siemensa także. Ale nigdy to się nie odbywa tak, że jadą z walizą naszego sprzętu i robią jego promocję.

Podczas obchodów jubileuszu 15-lecia w Jachrance usłyszeliśmy o zawarciu porozumienia pomiędzy PISA a Wyższą Szkołą Gospodarki Euroregionalnej. Czy będzie nowa inicjatywa oświatowa?

Chcemy wspólnie otworzyć kierunek kształcący specjalistów w zakresie zabezpieczeń technicznych. Już wiele lat temu mieliśmy taką inicjatywę. Była to na Politechnice Radomskiej (PR) specjalizacja na elektronice – Systemy Zabezpieczeń Technicznych. Prowadziliśmy nawet dyplomantów, udostępnialiśmy studentom materiały, braliśmy na praktyki. W ramach współpracy politechnika przeznaczyła też pulę miejsc na dokształcanie naszych członków, tych, którzy np. nie dokończyli studiów inżynierskich.

Zmieńmy temat. Obserwujemy, że w ostatnich latach wszystkie bez wyjątku organizacje samorządu zawodowego w naszej branży kurczyły się zamiast rosnąć.

Niektórzy mogą uważać, że korzyści z członkostwa w tych organizacjach nie są dla nich dostatecznie atrakcyjne. W tym czasie przychodziły kryzysy. Firmy upadały, przekształcały się, łączyły – siłą rzeczy członków jest mniej. Ale nigdy nie było tak, żeby ktoś, kto chciał być członkiem Izby, nie mógł u nas znaleźć swojego miejsca.

Jesteśmy zresztą odbierani jako organizacja przyjazna, bezpieczna. Mało jest takich instytucji, organizacji społecznych, które nie chcą czegoś z nami zrobić. Nie wciągamy nikogo w podejrzane przedsięwzięcia. W tym, co robimy, jesteśmy uczciwi, kierujemy się zasadami wysokiej etyki. Tak mi się wydaje.

Wartości etyczne, demokracja to chętnie używane słowa przez polityków i decydentów. Często nic się za nimi nie kryje. Czy możemy poprosić o konkrety? Może najpierw o demokratycznym stylu pracy w PISA.

A która organizacja w naszej branży miała tylu prezesów? Na pewno nie jesteśmy, używając złośliwego prasowego określenia, grupą trzymającą władzę ani zamkniętym towarzystwem wzajemnej adoracji. Prawie w każdej kadencji był nowy skład zarządu. W poprzedniej do zarządu wszedł przedstawiciel firmy będącej w PISA od miesiąca. Po to mamy co roku walne zgromadzenie, żeby słuchać członków, co robimy źle. Niektórzy się zdziwili, że gdy byłem prezesem, to powiedziałem, że mój czas się skończył. Przecież nie mogę być wiecznym prezesem, choćby nawet spora grupa ludzi tego chciała. Organizacja się degeneruje, przychodzą ludzie młodsi z lepszymi pomysłami. Ktoś może się śmiać z naszej demokracji. Czasami hamuje, czasami jest pewnie za daleko posunięta. Ja przy wyborach osobowych nigdy nie wiedziałem, czy ktoś mnie zgłosi, czy nie. To był dla mnie test. Ktoś gdzie indziej nie rozumie, co to nietrafione wybory lub niemożność wyboru, bo są to sprawy być może perfekcyjnie wyreżyserowane. My na ostatnim walnym zgromadzeniu nie wybraliśmy całego kompletu Rady Nadzorczej, piąty kandydat nie uzyskał większości.

 

Uczymy technik, a nie obsługi urządzeń konkretnego producenta. Nie pozwalamy na reklamę.

Andrzej Popielski – Patrząc z boku na PISA, odbierałem jednak przez lata takie sygnały z branży o hermetyczności i pewnej elitarności tej Izby.

 

Mnie poczucie bycia elitą nie mierzi, raczej jest to powód do dumy. Więc jeżeli ktoś uważa PISA za organizację elitarną, to niekoniecznie muszę protestować. Aczkolwiek nie jest to działanie zamierzone. My po prostu, jak wcześniej mówiłem, od członków wymagamy etycznego zachowania, aktywności społecznej, odpowiednich postaw zarówno w życiu codziennym, jak i tym organizacyjnym. W związku z tym nie wszystkim jest wygodnie być członkiem PISA. Skupiamy takie osoby, którym na czymś zależy. Jeżeli jest ktoś np. w Rzeszowie, a ma ambicje, żeby wpłynąć na kształt jakiejś normy albo mieć wpływ poprzez swoją działalność i sugestie na sprawy związane z certyfikacją, może to zrealizować w naszej organizacji o wiele prościej niż w jakiejkolwiek innej. Samodzielnie nic nie zrobi, choćby reprezentował najsilniejszą firmę na rynku z tzw. światową nazwą.

Natomiast jeśli ktoś chce być członkiem organizacji tylko po to, żeby mieć za szkłem potwierdzenia do powieszenia na ścianie, a poza tym nie widzi żadnej swojej roli w obecności w Izbie, to my niestety nie mamy dla niego propozycji.

Już kilka razy użyliśmy słowa „etyka”. Pokażmy ją w praktyce.

 

Byłem przez 2 kadencje prezesem i przez wiele kadencji przewodniczącym Rady Nadzorczej. Przez tyle lat nigdy nie pozwoliłem sobie, żeby przy okazji reprezentowania Izby załatwiać jakąkolwiek sprawę dla swojej firmy. Żadnej delegacji nie rozliczyłem z funduszów Izby. Nikt w Izbie nie czerpie korzyści materialnych. Stawiamy tamę wszelkim działaniom kryptoreklamowym czy autopromocyjnym, że np. ktoś będąc we władzach Izby, załatwił sobie korzystne zlecenie. To jest monitorowane i tępione. Wielu naszych działaczy postępuje w ten sposób, że na rynku pozyskuje zlecenie na wykonanie ekspertyzy i przynosi je do Izby. Biuro ekspertów wykonuje robotę, cała korzyść idzie dla Izby, a ten, kto pozyskał zlecenie, nie otrzymuje nic oprócz: „Dziękuję”. Nawet jeśli pracuje, całe wynagrodzenie przeznacza dla organizacji. To jest postawa społeczna. Zarabiamy na czym innym, na Izbie się nie żeruje. Owszem, Izba płaci wykładowcom, czemu nie. Jeśli chcemy mieć zewnętrznych fachowców, wysokiej klasy specjalistów, którzy kształcą ludzi z branży, trzeba im zapłacić. Ale również ci wykładowcy Ośrodka Szkoleniowego, gdy przyszedł gorszy moment, potrafili zrezygnować z połowy wynagrodzenia. Te postawy są godne szacunku, dzisiaj nie takie częste.

Jaką ma Pan wizję rozwoju PISA na najbliższe lata?

Nigdy Izba nie stawiała na tzw. masówkę. Nie chodzi nam o to, żeby mieć jako członków większość firm działających w branży. Nie jest to możliwe, poza tym wiele od członków wymagamy. Nadal widzę naszą organizację jako małą, ale profesjonalną, wyspecjalizowaną, sprawną, oferującą dobrej jakości partnerstwo dla członków Izby, dla władz, dla MSWiA, dla ustawodawcy. Szkolenia, sprawy związane z certyfikacją, działalność ekspercka to pierwszoplanowe kierunki. Izba przez 15 lat dopracowała się kilkudziesięciu wyspecjalizowanych przedmiotowo ekspertów pracujących w razie potrzeby zespołowo. Ktoś zajmuje się telewizją, ktoś włamaniówką, a ktoś np. organizacją ochrony... Być może ta grupa nie jest liczna, jak w innej organizacji, która ma bodaj więcej ekspertów niż członków.

Szkolenia, sprawy związane z certyfikacją i normalizacją, działalność ekspercka to pierwszoplanowe kierunki na najbliższe lata.


Czy Pana zdaniem zakres izbowych usług dla członków jest wystarczający?

Zawsze można go poszerzyć. Nie da się doprowadzić do powszechnego zadowolenia. Nas odróżnia od innych to, że jeżeli ktoś uważa, że coś w branży powinno być robione, a nie jest - stwarzamy mu „parasol ochronny” dla zrealizowania tej potrzeby. My nie załatwiamy tego za kogoś. Tak na marginesie, pisaliście w „sa” o niskim poziomie czytelnictwa prasy branżowej. My jako Izba wydajemy elektroniczny biuletyn, w którym są bieżące rzeczy o przetargach. Mamy serwis informacyjny, w trybie niemalże codziennym.

Rok temu PISA zaskoczyła wielu, organizując na Secureksie nowatorskie w naszej branży Mistrzostwa Polski Instalatorów. Uzyskała nawet dla imprezy poparcie wicepremiera. Uznaliśmy, że mistrzostwa jak na naszą skostniałą i mało kreatywną branżę to taki „diamencik” uatrakcyjniający szary horyzont. Uważamy, że nie wolno poprzestać na jednej próbie, pisaliśmy zresztą w „Systemach” o rzeczach, które warto zmienić w organizacji kolejnych. Jak Pan widzi perspektywę rozwoju mistrzostw?

Jak to się mawia: pierwsze koty za płoty? Chcemy ten „diamencik” szlifować dalej. Uzgodniliśmy wspólnie z zarządem Międzynarodowych Targów Poznańskich kroki dotyczące kolejnej edycji. W pierwszej nie było słychać zapowiedzi zawodów na terenach targowych. Mnie zabolała właśnie mała liczba obserwatorów konkurencji. To jest rola MTP. My też będziemy promowali inaczej, także za pomocą „Systemów Alarmowych” i innych mediów branżowych. W I Mistrzostwach nagrody były takie, jakie Izba mogła sama wyasygnować. Teraz umożliwimy bogatszym członkom ufundowanie własnych. Na przykład firma, którą reprezentuję, z przyjemnością coś do tej puli doda. I edycję mistrzostw wspieraliśmy, dając sprzęt i fachowca, który przygotował jedną konkurencję zawodów.

Mój pierwszy szef w Cerberusie zwykł mawiać, że każdy człowiek, choć może o tym sam nie wie, w sumie pracuje dla pieniędzy, dla chwały (dla satysfakcji, dla podniesienia własnej wartości) i w końcu także dla zabawy (uatrakcyjnienia życia). Patrząc przez pryzmat tej wypowiedzi, to te trzy czynniki na mistrzostwach nie zostały zadowalająco wypełnione. Ale to wszystko można poprawić – sprawy materialne, rozgłos i rangę. Można np. tak zrobić, że laureatom mistrzostw nagrody będą wręczane na uroczystości wręczania złotych medali MTP.

Na koniec pomówmy o skali makro. Bombardują nas informacjami o światowym kryzysie ekonomicznym i jego wpływie na polską gospodarkę. Jak branża zabezpieczeń technicznych odczuwa skutki tych zjawisk? Jak na nie reaguje? Jakie są przed nią perspektywy?

To jest pytanie niezwykle istotne. Uważam, że nasza branża nie wykonała jeszcze ruchów przygotowawczych do przetrwania kryzysu. Przeprowadziliśmy na walnym zgromadzeniu akcję ostrzegawczą dla naszych członków, informując ich o tym, żeby cięli koszty gdzie tylko się da, bo kryzys będzie długi i bolesny. Według analityków pracujących dla Siemensa obecne zjawiska są porównywalne z kryzysem międzywojennym, a nawet głębszym. Widoczne tego skutki mają się skończyć dopiero ok. 2014 r.

Nie odczuwamy jeszcze pewnych rzeczy, bo realizujemy umowy zdobyte rok temu i nawet dużo wcześniej. Ale polscy deweloperzy mówią, że mają 28-proc. spadek inwestycji, z których zrezygnowali, zamrozili je lub wykonują w wersjach mocno okrojonych. Nasze lokomotywy rozwoju – Euro 2012, inwestycje infrastrukturalne, drogi, kolej – w małym stopniu dotyczą zabezpieczeń. A na strefy gospodarki mogące pobudzać rynek zabezpieczeń technicznych specjalnie się nie stawia. Także banki zmieniły swoje podejście do kredytowania inwestycji. Zaś sfera, z której żyje duża część małych i średnich przedsiębiorstw security (mieszkaniówka, sklepiki, różne obiekty), także zbiedniała.

Tak więc idźmy w przyszłość bez paniki, ale z ołówkiem w ręku.


Dziękujemy za rozmowę

Zobacz plik pdf

 
POLECAMY!

Bezpłatnie

Polish (Poland)

Ta strona używa plików cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Wiecej informacji o cookies i sposobach ich usuniecia mozna znalezc w naszej polityce prywatnosci.

Akceptuje cookies z tej strony.