Pierwsza w Polsce Diecezjalna stacja monitoringu

Tekst i zdjęcia Andrzej Popielski
Kiedy Kościół zalecił stosowanie systemów alarmowych do ochrony obiektów sakralnych? Niewiele jest osób znających prawidłową odpowiedź, więc podpowiem. Już w 1973 r., czyli o ok. 10 lat wcześniej niż zaczęła w Polsce wykluwać się branża zabezpieczeń technicznych.

 

Księdza Pawła Tkaczyka poznałem na śląskiej konferencji „Razem bezpieczniej w regionie”. Uznałem, że jest to ciekawy człowiek, a pomysł, który realizuje, zasługuje na popularyzację. Jest także jednym z nielicznych przedstawicieli kleru rozumiejących ważną rolę zabezpieczeń technicznych w ochronie. Zapracowany historyk sztuki z diecezjalnej komisji ds. zabytków, diecezjalny konserwator zabytków, dyrektor Muzeum Diecezjalnego w Kielcach, a także szef i współtwórca Diecezjalnego Centrum Monitoringu (DCM), pierwszego w polskim Kościele rzymskokatolickim. Nie byłoby tego centrum, gdyby nie on, a także Tadeusz Glita, jego świecki partner, konstruktor i dyrektor ds. technicznych DCM – obydwaj jeszcze stosunkowo młodzi ludzie. To jego twórcy.

Tu trzeba zaznaczyć, że kieleckie centrum nie jest technicznie niczym niezwykłym. Wiele firm i agencji ochrony ma centra monitorowania sygnałów alarmowych, tj. wg nomenklatury branżowej alarmowe centra odbiorcze (ACO), a często przy nich także i obrazów telewizyjnych. Ale na razie jest to jedyne, którego całkowitym właścicielem i zarządzającym jest Kościół. Inwestycja ochronna została zauważona w świecie religii – otrzymała w 2006 r. prestiżową nagrodę Prymasa Polski wręczoną na kieleckich targach Sacro Expo.

Zagłębie zabytków

Na diecezję kielecką przez wiele wieków promieniował Kraków. Była ona zresztą kiedyś częścią diecezji krakowskiej i jest bardzo bogata w cenne zabytki sztuki romańskiej, gotyckiej i późniejszych epok (np. romański kościół w Tarczku; w Bodzentynie – także siedzibie biskupów krakowskich – jest piękny ołtarz renenesansowy z katedry na Wawelu, który był dla krakowian za nowoczesny. W Wiślicy, obok Bazyliki Mniejszej wzniesionej przez Kazimierza Wielkiego, stoi Dom Długosza. Na terenie diecezji znajduje się także kilkadziesiąt kościołów drewnianych, np. w Zborówku o najstarszej w Polsce potwierdzonej „metryce” (zachowały się dokumenty).

 

Dzisiejsza diecezja kielecka leży na terenie trzech województw: świętokrzyskiego, małopolskiego i śląskiego. Posiada ok. 300 parafii, a więc ok. 300 kościołów, nie licząc kaplic, z których większość jest obiektami zabytkowymi wpisanymi do rejestru lub ewidencji zabytków. Ale zabytki to także liczne przedmioty, a więc ołtarze, rzeźby, obrazy, monstrancje, kielichy i wiele innych wytworów rzemiosła artystycznego. Jasne, że taki potencjał religijno-historyczno-kulturowy (dla przestępców wyłącznie majątkowy) nie jest wolny od wielu zagrożeń.

Świątynie są słabo zabezpieczone i dlatego statystyki włamań do kościołów utrzymują się na wysokim poziomie. Nie tak dawno okradziono w regionie np. kościół w Kurzelowie. Metody, jakimi posługują się złodzieje, są często prymitywne, ale zdarzają się też wyrafinowane. Oprócz zagrożeń obiektów historycznych są zagrożenia osób: księży i pracowników parafialnych. W przypadku kościołów drewnianych i więźb dachowych obiektów murowanych największym zagrożeniem są pożary. Dotkliwym rodzajem wandalizmu jest profanacja, bezczeszczenie miejsc i przedmiotów kultu, nawet niezbyt wartościowych współczesnego pochodzenia. Dla wierzących szkody są jednak o wiele większe niż materialne.

W 1973 r. Konferencja Episkopatu Polski – wspomniał mi ksiądz Paweł Tkaczyk – w trosce o zabytki sakralne wydała instrukcję, w której zaleciła proboszczom, by kościoły i skarbce wyposażano w systemy sygnalizacji włamania i napadu (o zagrożeniu pożarem wtedy jeszcze nie mówiono). Mamy początek 2009 r. i w wielu parafiach takich systemów nie ma. Świadczy to o tym, że proboszczowie niezbyt przejmują się przepisami prawa państwowego i kościelnego. Dopiero gdy zdarzy się nieszczęście, to wtedy naprawiają zgodnie z powiedzeniem, że Polak mądry po szkodzie... To postępowanie karygodne, gdyż zabytki nie są własnością proboszczów, są spadkiem po poprzednich pokoleniach niezmiernie zubożonym wojnami i kataklizmami. Często to, czego nie wywieźli Szwedzi, Niemcy czy Rosjanie, zostało bezmyślnie zmarnowane. Wrogiem zabytków jest brak zainteresowania nimi przez zarządców obiektów parafii, ale także np. prozaiczny brak miejsca do magazynowania. To powoduje, że stare przedmioty lądują na strychu albo na śmietniku. W normalnych warunkach przedmioty wycofane z kultu (np. stare ornaty, rzeźby, meble) można oddać choćby w depozyt muzeum.

Nowa jakość ochrony

Muzeum Diecezjalne w Kielcach jest jednym z najmłodszych tego typu w kraju. Istnieje od czerwca 2005 r. Poza funkcjami wystawienniczymi działa także na rzecz ochrony zabytków. Paradoksalnie – mówi ksiądz Tkaczyk – skupienie w jednym miejscu wielu cennych przedmiotów mniej sprzyja ochronie niż ich rozproszenie. Tworząc muzeum, od tego problemu wyszliśmy – owszem przygotowywanie sal, ekspozycji itd., ale pierwszą sprawą było stworzenie odpowiednich systemów zabezpieczeń. Staraliśmy się zastosować najnowsze zdobycze techniki, różne uzupełniające się systemy.

 

Zaraz po uruchomieniu muzeum przygotowano program ochrony zabytków, kościołów, plebanii i osób tam przebywających. Od listopada 2005 r. działa Diecezjalne Centrum Monitoringu chroniące muzeum i katedrę – najważniejszy zabytek i obiekt kościelny w Kielcach. DCM zatrudnia ludzi profesjonalnych, przeszkolonych i z doświadczeniem w takiej pracy. Technika plus ludzie i organizacja – tak zaistniała baza do wyjścia z propozycją usług ochronnych dla parafii położonych na terenie diecezji (komercyjną, bo centrum musi się utrzymać, a nieduże diecezjalne muzeum nie ma szans na wypracowanie środków pozwalających na zatrudnienie lub wynajęcie większej grupy ochroniarzy). W sumie jednak można było skromnymi środkami osiągnąć wielokierunkową, w miarę skuteczną ochronę.

Powstała na terenie kościelnym nowa jakość ochrony. Księża mają do kościelnego centrum monitorowania – to nie tajemnica – większe zaufanie i sympatię niż do firm ochroniarskich, ta nieufność jest uzasadniona historycznie. Przez tych kilka lat – mówi ksiądz Tkaczyk – wiele obiektów kościelnych w regionie posiadało już systemy sygnalizacji włamania i napadu oraz alarmu pożarowego. Równolegle do codziennej ochrony głównym zadaniem DCM jest zachęcanie tych, którzy nie mają systemów alarmowych, żeby zabezpieczali kościoły i jeśli jest to możliwe, podłączali się do centrum monitoringu, bo to poprawia ich skuteczność. W przypadku nieobecności księdza lub kogoś na terenie kościoła czy plebanii istnieje szansa, że ktoś inny podejmie działanie ratunkowe. Jeżeli dzieje się coś złego, można tam wysłać osoby interwencyjne albo spowodować przyjazd policji czy PSP.

Kościelna praktyka

Ksiądz Tkaczyk dobrze rozumie ideę zabezpieczeń technicznych. Wynotowałem kilka jego myśli z naszej rozmowy: ...Co zrobić, gdy w kościele nie ma nic cennego poza jedną rzeźbą? Założyć czujkę poruszeniową!... Nawet najlepszy system zabezpieczeń nie daje całkowitej gwarancji bezpieczeństwa. Jednoczesne stosowanie różnych zabezpieczeń powoduje zwiększenie skuteczności ochronnej, poczynając od mechanicznych opóźniających przestępcę... Niektórych odstraszyć może nawet tabliczka informująca o monitoringu obiektu... Najważniejsza jest profilatyka. Nie chodzi o to, żeby złapać złodzieja, tylko nie dopuścić do szkód, które by spowodował...

Zdaniem księdza nietrudno założyć system alarmowy w kościele, zdecydowanie trudniej jest założyć taki, żeby do tego kościoła pasował. Żeby nie był typowym firmowym produktem dla typowego prywatnego domu, hali targowej, biura, kiosku, ale uszytym na kościelną miarę. Czasem do tych zadań biorą się ci (a w myśl różnych zasad i przepisów nie powinni), którzy zakładają takie systemy świetne, ale w domkach jednorodzinnych, nie znając lub nie rozumiejąc sakralnej specyfiki.

Jeśli ktoś chce jakieś systemy zabezpieczeń montować w kościołach na naszym terenie – kontynuuje ksiądz Paweł – to niech przyjedzie do nas, zapyta o radę i dostanie ją za darmo, bo nam zależy na tym, żeby projektant i instalator mieli satysfakcję, parafia była zadowolona z użytkowania systemu, żeby nie generował on fałszywych alarmów i był w zagrożeniu skutecznym narzędziem. Tu pada też deklaracja o możliwości podzielenia się z zainteresowanymi z innych terenów doświadczeniami jak np. zorganizować takie DCM.

Z działalności konserwatora diecezji wynikają wizytacje w kościołach, także uczestnictwo w komisji wspólnej przedstawicieli policji, konserwatorów zabytków: wojewódzkiego i diecezjalnego, straży pożarnej. Często coś zauważają. W jednym z kościołów na parapecie nisko położonego okna zakrystii stawiano doskonale widoczny z zewnątrz, zabytkowy pacyfikał (przyp. autora – relikwiarz w kształcie krzyża lub monstrancji). Bo tak się przyzwyczajono. Jeśli ksiądz Tkaczyk widzi zły system alarmowy, że czujki są łatwo dostępne dla postronnych lub są z rodzaju podpowiadającego zasięg działania, zwraca uwagę proboszczowi, że warto to poprawić. Po to, żeby takie zabezpieczenia chroniły, a nie usypiały czujności.

Niestety takie przykłady się zdarzają. W jednym z najcenniejszych w regionie kościołów zabytkowych proboszcz od 15 lat miał SAP i był święcie przekonany, że jest wspaniały, bo nie generował fałszywych alarmów. Prawdziwych zresztą też, bo… nie działał. Żadnych czynności konserwacyjnych również nie było, więc nie miał kto zauważyć. Na szczęście zabytkowi los sprzyjał. W innym kościele został zainstalowany system sygnalizacji pożarowej z nadajnikiem, który w sytuacji zagrożenia wysyłał komunikaty w postaci wiadomości sms na telefon komórkowy księdza proboszcza. Rzecz w tym, że praca i życie proboszcza mają specyfikę przewidującą sytuacje i czas, w których telefon komórkowy musi być wyłączony (np. odprawianie mszy, spowiedź w konfesjonale...). Co z tego, że system dobrze zadziała i zostanie wysłany komunikat, jeśli go nikt nie odbierze!

Jak mówi ksiądz, wiele firm braży zabezpieczeń ma dobre intencje, ale główny ich cel to wykonać szybko systemy i wystawić fakturę. Potem trzeba trochę pomęczyć się z serwisem, później to już są naprawy płatne. Inna nieco, jeszcze przed utworzeniem DCM, była sytuacja z czterema kościołami zabytkowymi, wyposażonymi w SSWiN oraz SAP (PZU finansowało akcję wprowadzenia systemów elektronicznych w drewnianych kościołach). Rozpisano przetargi i wybrano dobre firmy – projektanta z Krakowa, wykonawcą była firma z Podkarpacia. Te systemy jednak nie zostały skrojone na miarę, choć projekty zostały zaakceptowane przez kompetentne instytucje. Uroczystości religijne z użyciem kadzielnic, rolnicy wypalający trawę i liście w pobliżu kościoła stawiały na nogi straż pożarną, inne powody wywoływały alarmy kilka, kilkanaście razy w ciągu nocy. Inwestycje za niemałe pieniądze – jak mówi ksiądz dyrektor – zrobione w intencji podniesienia bezpieczeństwa bezcennych obiektów, tymczasem je nawet zmniejszyły. Liczne fałszywe alarmy spowodowały, że zezłoszczeni obdarowani użytkownicy je powyłączali. Mój rozmówca życzy powodzenia w przekonaniu tych proboszczów i okolicznych mieszkańców do idei systemów alarmowych. A systemy trzeba po prostu przeprojektować.

 

W tych inwestycjach – co pokazała praktyka – wybór wykonawcy pozaregionalnego do instalacji systemów i ich obsługi gwarancyjnej także nie był dobrym rozwiązaniem. W jednym z kościołów ministranci uszkodzili ROP, bodaj tylko potrzebna była wymiana szybki. Firmie serwisującej, leżącej o 150 km w jedną stronę od miejsca zdarzenia, nie opłacało się przyjeżdżać w przypadku drobnych awarii za kilka lub kilkadziesiąt złotych (np. jakaś czujka). Na wymuszoną naprawę trzeba było czekać miesiąc lub dłużej. Ale system w tym czasie nie działał i koszty nie były jednakowe z dwóch stron – ryzyko miejscowe mogło być niezwykle wysokie. Użytkownicy dostali te systemy w prezencie, ale bez wcześniejszych konsultacji z miejscowymi specjalistami (np. z diecezjalną komisją ds. zabytków sakralnych, która o wszystkim, jak słyszę, dowiadywała się ostatnia). Patrząc na takie doświadczenia – a ksiądz Tkaczyk opowiadał o nich na różnych konferencjach – trzeba działać razem, aby było bezpieczniej... ale naprawdę razem.

Drugiego dnia rozmawiam z Tadeuszem Glitą, dyrektorem technicznym DCM. Trochę tonuje on wypowiedzi księdza Pawła, które jego zdaniem są zbyt radykalne. Mówi np. Jako technik wiem, że nie zawsze jest to takie proste. Instalator np. czasem widzi błędy w projekcie, ale nic nie może zrobić niezgodnego z dokumentacją. Jak zrobi niezgodnie, to mu z uwagi na tę niezgodność nie odbierze roboty konserwator. A dzisiaj jest takie życie, że od problemów się ucieka.

Diecezjalne Centrum Monitoringu – technika

Kościelne ACO może odbierać następujące sygnały zagrożeń: włamanie, napad, wezwanie pomocy medycznej, pożar, wyniesienie przedmiotów (przesunięcie), ulatnianie się różnych gazów, zalanie wodą, sygnały techniczne, np. awaria pieca co, oraz próby uszkodzenia systemu, usterki i awarie. Tadeusz Glita działa w branży zabezpieczeń technicznych dziewiąty rok, a DCM jest zbudowaną przez niego trzecią stacją monitorowania alarmów. Zostało zaprojektowane według klasycznych prawideł, najprostsze modelowe rozwiązanie. Technik jest bardzo lakoniczny w opisie szczegółów, ale jest przekonany, że niektóre podmioty świadczące usługi monitorowania sygnałów alarmowych mogłyby uczyć się od nich, jak taką bazę zbudować i jak zorganizować przesył sygnałów z ochranianych obiektów do tego centrum. Są też wymagania dla fachowców proste, w zasadzie techniczne abecadło. Nie wyobrażam sobie – wylicza – bazy monitorowania bez profesjonalnego rejestratora rozmów... bez zasilania rezerwowego... bez systemu kontroli dostępu... nie można wejść do centrum z ogólnodostępnego korytarza. Nie wyobrażam sobie anteny zewnętrznej do radia, do której kabel wychodzi z okna na parterze i można urwać go ręką. Nie wyobrażam sobie pracy na jednym torze transmisji pomiędzy obiektem a centrum. Muszą być dwa tory. Nie jestem w stanie zaakceptować sytuacji, kiedy widzę, jak przychodzi przedstawiciel handlowy firmy X lub Y (co ciekawe, firm dużych) i mówi klientowi, że będzie dla niego lepiej, jak pod centralę alarmową nie podłączy się telefonu, bo to będzie taniej. Że wystarczy tylko GSM. GSM wystarczy do tego, by podpisać umowę, ale dla klienta będzie gorzej, bo jak ma dwa tory, to jest lepiej i pewniej niż jak ma jeden. Po prostu jest to postępowanie nieuczciwe.

 

I to jest najważniejsze. DCM pracuje tak samo jako alarmowe centrum odbiorcze w agencjach ochrony. Obsługuje je dyżurny reagujący na sygnały alarmowe według procedur ustalonych dla danego zdarzenia. Działania operatora są rejestrowane i archiwizowane. Transmisja odbywa się za pomocą łącza telefonicznego, GSM i toru radiowego w sposób zgodny z normami. W miejscu, gdzie jest zagęszczenie obiektów, jest zbudowana infrastruktura do transmisji sygnałów radiowych. Które łącze jest lepsze? Niech mi Pan powie, ja nie wiem, każde ma dobre i złe strony...

Kamery

Ciągle pokutuje wśród księży – mówił mi ksiądz Paweł Tkaczyk – to złe rozumienie słowa monitoring (kamera – obraz, tzn. będę kontrolowany, wszystko będą o mnie wiedzieć – najprostsze obawy, zupełnie zresztą nieprawdziwe, a nawet nieracjonalne). Zresztą w przypadku parafii odradzamy zastosowanie monitoringu wizyjnego. Skuteczne systemy byłyby za drogie i wymagały obsługi osobowej, a „oszczędnościowe” nie przynosiłyby efektów. Kamery są tylko zamontowane w Muzeum Diecezjalnym i w katedrze kieleckiej. Można by wyposażyć w kamery większą liczbę obiektów, ale pod warunkiem sprzęgania ich z barierami podczerwieni, tak jak to jest zrobione na terenie przykatedralnym zamykanym wieczorem.

Dyżurnemu w centrum monitoringu zautomatyzowany system podpowiada, którą kamerą oglądać sytuację alarmową (detekcja ruchu). Jak powiedział mi Tadeusz Glita, dotychczasowa skuteczność wykrycia wtargnięcia była stuprocentowa. System monitoringu wizyjnego jest obecnie unowocześniany w kierunku stosowania także rozwiązań sieciowych IP.

Techniczna ochrona katedry jest przykładem łączenia różnych rozwiązań – kamer, barier na podczerwień i zabezpieczeń mechanicznych. Być może jest to nawet jedyna tak chroniona katedra w kraju. Obiekt był np. często okradany z miedzianych rur spustowych deszczówki (rynien). Wartość miedzi była wprawdzie niewielka, ale powstawały kosztowne szkody. Zbudowano zabezpieczenia mechaniczne, ale to nie pomagało. Zdecydowano się na kamery szybkoobrotowe, kopułkowe z zoomem, które umieszczono na doskonale wtopionych w otoczenie słupach z podwójnymi barierami podczerwieni. Aby objąć nadzorem cały teren wokół dużego budynku katedry, wystarczyły tylko trzy! Prawdopodobnie dzięki systemowi nie dochodziło do nieszczęśliwych wypadków. Podczas wymiany pokrycia dachowego katedry stojącej na wzgórzu obudowano rusztowaniem sygnaturę – wysoką, ponad czterdziestometrową wieżę świątyni. To wywołało wizyty fotografów chcących robić zdjęcia – w tym nocne – panoramy Kielc, podobno piękne z tego miejsca. Taka okazja (remont) zdarza się tylko raz na 100 lat, więc ryzykantów nie brakowało. Był to jednak listopad i grudzień, a ryzyko wspinania się po śliskich lub oblodzonych rurach rusztowań było duże. Notowano nawet po 5–6 interwencji w ciągu nocy. W innych już sytuacjach, jeśli zdarzenia nie były agresywne – a takich było kilka – kończyło się tylko na automatycznej obserwacji i rejestracji obrazów. Ciekawostka: wzgórze katedralne ściąga pioruny, w czasie burz podobno jest tu „żywy ogień”. Pioruny trafiły już, pomimo zabezpieczeń odgromowych, bezpośrednio w dwie kamery i dosłownie wypaliły i wyżarzyły ich wnętrza. Firma Siemens wymieniła je bezpłatnie. Ksiądz Tkaczyk prosił o pochwalenie jej za solidność, podobnie jak polską firmę Satel, której elementy są używane w kościelnych systemach alarmowych. Nie czynimy tego zwykle, ale robimy wyjątek.

System alarmowy w kościele

Nie powiem, że projekty kościołów mam w jednym palcu – to znowu Tadeusz Glita, dyrektor techniczny DCM. – Każde takie zadanie to wiele godzin myślenia, co zrobić. Ale jeśli się je dobrze zaprojektuje, to potem wystarczy dobrze wykonać. Wiedzy na ten temat, choćby w szkoleniach, dostarcza Ośrodek Ochrony Zbiorów Publicznych, który dysponuje odpowiednim potencjałem. Co można powiedzieć o specyfice projektowania? Nie zawsze np. można umieścić czujkę w miejscu z technicznego punktu widzenia najwłaściwszym. To należy uzgodnić z konserwatorem. Typowym błędem projektowym jest niedoszacowanie okablowania. Trudne do pokonania są duże wysokości pomieszczeń. Nie ma takich drabin. Oczywiście nie ma także spraw niemożliwych do wykonania. Można np. wybudować rusztowanie i trzy dni je składać i rozkładać, ale to podraża koszty i kto za to zapłaci? Trzeba więc przy montażu albo serwisie czujek np. operować na linach ze strychów. Strychy są z kolei ciemne, bez elektryczności.

Najbardziej przeraziła mnie – mówi dyrektor Glita – kruchość ścian w obiektach zabytkowych. Nieruszane trzymają się. Ale gdy powierci się, to może coś polecieć i zrobić się groźnie, gdy np. zacznie rozsypywać się sklepienie. A jaka strata dla kultury... a potem konserwator, jeśli nie prokurator. To są takie możliwe zagrożenia i niespodzianki.

Kościoły, nie tylko zabytkowe, są obiektami nietypowymi ze względu na kilka elementów. Chodzi o duże kubatury tych budynków i ich funkcje użytkowe. Świątynie mają charakter półotwarty – to nie twierdze, tylko obiekty pełniące w dzień dla ludzi funkcje religijne.

Temperatura – Na poddaszu bywa zimą ponad 20° mrozu, a w lecie nawet plus 80°C. Deski pod blachą dachową niekiedy są czarne, spalone. Urządzenia muszą więc być dostosowane do pracy w takich ekstremalnych warunkach, być może trudniejszych niż, mówiąc żartem, np. za kołem podbiegunowym, bo tam jest tylko zimno.

W strefie poddasza żyją małe zwierzęta. Strych jest królestwem nietoperzy, sów, puszczyków... i nie wygoni się ich stamtąd. Instalator musi to zaakceptować i zbudować coś takiego, co ich nie będzie zauważać, a jednocześnie zadziała alarmowo na człowieka.

Zdarza się, że w starym kościele projektant projektuje, a instalator zakłada urządzenia systemu alarmu pożarowego na strychu... gdzie leży kurz np. z 400 lat! Na strychu się nie sprząta. I jeśli tam np. montuje się zwykłą optyczną czujkę dymu, to czego się można spodziewać, gdy wiatr dmuchnie, jeśli nie fałszywych alarmów! Ale to dopiero początek kłopotów. Efekt jest taki, że ksiądz, który nie może spokojnie zasnąć, mówi: „Zabierajcie to sobie!” I to jest dramat. Bo założyciele DCM podejmują wśród kleru olbrzymie wysiłki, żeby przekonywać do zabezpieczeń technicznych i popularyzować je. A niektórzy księża już mają o tych narzędziach ugruntowaną opinię, bo kolega z sąsiedztwa przekazał im swoje wrażenia.

Ale na naszym terenie – konkluduje dyrektor – mamy już kilkadziesiąt instalacji, które tę ideę bronią. Są skuteczne, pracują kilka lat i ci księża też już sobie innej ochrony nie wyobrażają. Nie jest także prawdą, że księża w swoich zadaniach dla wiernych i Kościoła nie rotują na stanowiskach. Zdarza się, że taki kapłan, jak założył alarm w jednym miejscu, to zaczyna od założenia w nowym. To dobre zjawisko.

Refleksje

Życie tylko momentami przypomina laurkę. Trudności technicznych właściwie jednak nie ma, te prawdziwe leżą nie po stronie technicznej, a głównie mentalnej, w sferze kontaktów z ludźmi, w przebijaniu się przez pokłady braku wiedzy i niechęci.

Trzeba było szczęśliwego trafu – jak podsumował mi Tadeusz Glita – by spotkali się z księdzem Tkaczykiem. Wspomniał ciekawostkę, jak to wcześniej trafił w kurii do innego księdza przekonanego już do systemów alarmowych, które zaobserwował we Francji. Takim „omnibusem” okazał się szef kościelnego wydawnictwa tak zdegustowany postępowaniem niektórych firm montujących systemy alarmowe, że się zawziął i nauczył tematyki, po czym zainstalował złożoną centralę Alarmcomu i ją zaprogramował. Niestety, coś tam dobrze nie działało. Mój rozmówca, który miał pomóc, zrozumiał, że sam musi się douczyć – zamówił centralę i trenował 2 tygodnie „na sucho”, zanim wrócił do księdza z diagnozą. Problem nie leżał w centrali, a w okablowaniu i zabytkowych już czujkach. Dużo rzucę na szalę – podkreśla – żeby system przechodzący przez moje ręce był dobry, bo to jest moje zawodowe być albo nie być. Nie wykonuję pracy po to, żeby się jakoś 2 lata przemęczyć z gwarancją, a później odbić sobie na serwisach płatnych, co robią niektórzy. Taka filozofia jest mi obca. Ksiądz Paweł Tkaczyk i dyrektor Tadeusz Glita, który nie jest pracownikiem kościelnym i nie żyje z obsługi kurii – tych dwóch ludzi wykonało i wykonuje ogromną pracę, jak dotąd praktycznie społecznie i hobbystycznie, a nawet z pasji – każdy z nich ma wiele innych obowiązków zawodowych. A już myślałem, że tacy wyginęli.

 

 

Już w 1462 r. papież Pius II zabronił niszczenia zabytków. W jednym ze swoich zarządzeń nałożył na konserwatorów obowiązek inspekcji zabytkowych obiektów wraz z prawem aresztowania delikwentów złapanych na gorącym uczynku oraz konfiskowania ich zwierząt, narzędzi pracy oraz nakładania grzywny na tych, którzy popełniali przestępstwa w zabytkowych kościołach.

Z kolei w 1474 r. papież Sykstus poruszony obrabowaniem Bazyliki Kościołów Rzymskich z płyt porfirowych i marmurowych, uważając za swój obowiązek zachowania piękna i splendoru tych kościołów, obłożył złoczyńców i ich wspólników karą ekskomuniki.

W czasach nam niedalekich po II Soborze Watykańskim Episkopat Polski wydał kilka instrukcji, m.in. z 1966 r., w której przypomniał rządcom kościołów, że nie są właścicielami, lecz tylko stróżami i opiekunami dzieł sztuki sakralnej znajdujących się w obiektach powierzonych ich pieczy. Dlatego w żadnym wypadku nie wolno im nawet najmniejszych dzieł sztuki przenosić do innych kościołów, placówek, sprzedawać lub darować.

Z kolei instrukcja z 17 czerwca 1970 r., również Konferencji Episkopatu Polski, dotycząca konserwacji i zabezpieczenia zabytków sztuki kościelnej, dała konkretne zalecenia zachowań w obiektach zabytkowych. Wymieńmy: nie należy zostawiać otwartych kościołów bez opieki; udostępniać ich zwiedzanie można tylko w obecności księdza lub zaufanego przewodnika; prosić kierowników lub pilotów wycieczek o wpisywanie się do książki zwiedzających, z podaniem numeru dowodu osobistego; ostrożnie udzielać zezwolenia na fotografowanie zabytków ruchomych czy całego wnętrza kościoła; zabytki niewielkich rozmiarów należy dokładnie przymocować lub rozmieścić w miejscach trudno dostępnych lub przenieść do skarbca czy innego pomieszczenia, w którym należy zapewnić warunki bezpieczeństwa i odpowiednie warunki klimatyczne.

Ponadto należy zaprowadzić ewidencję wyposażenia zabytkowego kościoła, sporządzając karty inwentaryzacyjne z fotografiami i dokładnym opisem. W normach postępowania w sprawach sztuki kościelnej z 1973 r. znalazł się zapis: Obiekty sztuki i przedmioty kultu znajdujące się w pomieszczeniach kościelnych lub w terenie powinny być zabezpieczone przed kradzieżami, cenniejsze obiekty w pomieszczeniach, w których są przechowywane dzieła sztuki oraz skarbce, muszą być zaopatrzone w odpowiedni system alarmowy.

 
POLECAMY!

Bezpłatnie

Polish (Poland)

Ta strona używa plików cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Wiecej informacji o cookies i sposobach ich usuniecia mozna znalezc w naszej polityce prywatnosci.

Akceptuje cookies z tej strony.