Dobre pomysły z Gniewu

Innowacje polsko-szwedzkie

Tekst i zdjęcia Andrzej Popielski

System alarmowy na Westerplatte, wielki XIII - wieczny krzyżacki zamek w Gniewie... Co te hasła łączy z gdańską firmą Alarmtech Polska?

Nieliczne jak rodzynki w zwykłym cieście są firmy, które zajmują się nie tylko zdobywaniem zysku. W świecie napędzanym chciwością i płytką wyobraźnią widzą także inne niż materialne wartości i robią coś dla ogółu, np. są mecenasami historii, kultury ogólnej i technicznej. Firma Volta buduje Muzeum Technik Zabezpieczeń, potrzebne dla zachowania pamięci o dorobku naszej branży, które branża docenia zbyt słabo. Nietuzinkowa jest także firma Alarmtech Polska, a o niej będzie w tej historii. Ma ona łatwość gromadzenia wokół siebie pasjonatów historycznych wielkiej wartości. To w pierwszej kolejności wpływ światopoglądu polskiego szefa Alarmtechu ceniącego patriotyczne korzenie, ale, o dziwo, także szwedzkiego. To nie przeszkadza im widzieć potrzeby rozwoju najnowocześniejszej techniki. Ile firm w branży zabezpieczeń ma zaplecze badawcze, w którym powstają rozwiązania innowacyjne?

Alarmtech Polska jest polsko-szwedzką firmą rodzinną z siedzibą w Gdańsku i Gniewie, w której główne role odgrywają dr inż. Waldemar Tlaga i mgr inż. elektronik Bjorn Gysell. Zatrudnia ponad 60 fachowców. Zanim jednak na początku tej dekady doszło do utworzenia takiej struktury gospodarczej (po włączeniu się do szwedzkiego Alarmtechu Polska polskiej inżynierskiej firmy TASC), poprzedziło ją ponad 10 lat skomplikowanej genealogii organizacyjno--właścicielskiej kilku innych firm działających w Polsce i Szwecji, współpracujących ze sobą. Nie mamy miejsca na obszerny opis. Ale pokażmy chociaż syntetyczną „pigułkę”, niepozbawioną humoru rodem jeszcze z PRL. Historia rozpoczęła się pod koniec lat 80. od wyjazdów grupy inżynierów z Wydziału Elektroniki Politechniki Gdańskiej do Szwecji „na saksy”, gdyż miesięczna polska pensja wystarczała im wtedy nie dłużej niż na tydzień. Pracowali np. w fimie Cosmotron (opowiadał nam to mgr inż. Roman Koko także ze swoich doświadczeń, prokurent w Alarmtechu), w której dyrektorem był Bjorn Gysell. On to ze zdziwieniem stwierdził, że na linii montażowej siedzą inżynierowie, wielu z tytułami doktorskimi. Potem Szwedzi „wyemigrowali” do Polski, szukając tańszej siły roboczej i lepszych warunków do prowadzenia biznesu niż w Szwecji gnębiącej podatkowo kapitalistów, trochę nie dowierzając, że nad Wisłą zastaną tzw. wysoką technikę. Wartością pozyskanych Szwedów był ich dostęp do rynków wysoko rozwiniętych.

Po polskiej stronie opowieści na początku było pokonywanie kompleksów i stereotypów, uczenie się zachowań rynkowych; projektowego i rynkowego wdrażania produktów i pokazywanie kreatywności znacznie większej od spodziewanej. Wiadomo, Polak potrafił, zwłaszcza za granicą.

Waldemar Tlaga, który nie wyjeżdżał, jest byłym wieloletnim pracownikiem naukowym na Wydziale Elektroniki Politechniki Gdańskiej, także przedsiębiorcą. W Alarmtechu jest kierownikiem działu badawczo-rozwojowego. Bjorn Gysell ma w CV wiele lat pracy nie tylko w swoich firmach, ale również u potentatów zajmujących się bezpieczeństwem, np. w Securitasie czy ADT. Uśmiechnięty Szwed przyleciał na nasze spotkanie spod Sztokholmu. Przywiózł pachnące jeszcze farbą atesty VdS na kolejne produkty Alarmtechu. W gdańskiej siedzibie firmy z dumą pokazał nam oprawione na ścianie jak nowoczesne obrazy (trochę mieszczą się w konwencji dzieł w galeriach sztuki współczesnej) – pamiątki pozostałe po technicznych, agresywnych próbach pokonywania sejfów bankowych. Są to estetyczne fragmenty tego, co z nich zostało – okrągłe klamki i dźwignie otwarć – z opisem na mosiężnych tabliczkach miejsc pochodzenia.

Produkty

Specjalnością produkcyjną Alarmtechu (i jego poprzedników) są detektory. Jest to seria prawie 10 rodzin detektorów magnetycznych wysokiego poziomu bezpieczeństwa, odpornych na sabotaż i niełatwych do przejścia. Mają sumę ponad 20-letnich doświadczeń wytwórczych i uwag instalatorów, przywiezionych ze Szwecji i rozszerzonych w Polsce, np. zmorą instalatorską bywa nieprecyzyjność dokumentacji, trzeba coś naginać do rzeczywistości. Cel konstrukcyjny: żeby z miejsca instalacji nie wracać po brakujący element. Da się zawsze coś zrobić za pomocą uniwersalnego zestawu. Detektory trochę korzystają z filozofii konstrukcyjnej klocków lego, aby przy najmniejszej liczbie elementów osiągnąć jak największe efekty instalacyjne.

Druga sfera produktowa – detektory elektroniczne. W ofercie są choćby z powodu naukowych specjalności twórców wyniesionych z uczelni: metrologii elektronicznej, informatyki, te najtrudniejsze do zaprojektowania. Podstawą ich jest analiza sygnałowa. Są wszystkie klasy detektorów oparte na analizie fal mechanicznych, a więc wstrząsu, wibracji, sejsmiczne oraz akustyczne detektory zbicia szyby (np. najlepszy w swojej klasie AD 700). Testy 20 detektorów przeprowadził Securitas, największa globalna firma ochronna. Po badaniu detektorem podstawowym w tej specjalności jest dla niego AD 700. Securitas nie sprzedaje detektorów, tylko usługę ochronną, trudno go posądzić o brak niezależności.

W zeszłym roku ofertę poszerzono o kompletny system alarmowy i – co trochę wymusili kontrahenci – o bezobsługowe systemy monitorujące techniczny stan obiektów. Rozwiązania są oparte na nowatorskiej technologii agentowego systemu roju (ASR). Systemy monitorujące są prostsze od alarmowych, jeśli chodzi o logikę, ale mają bogatsze wyposażenie metrologiczne i protokołowe (informatyczne). Pierwszym ich zastosowaniem było bezobsługowe monitorowanie parametrów eksplatacyjnych urządzeń serwerowni w połączeniu z systemem alarmowym. Przy okazji prac nad ASR także powstały nieplanowanie, oryginalne technicznie zasilacze.

System z duszą

Agentowy system roju (ASR) – dla wielu techników to pojęcie jest jeszcze na zbyt wysokim poziomie abstrakcji, zwłaszcza w porównaniu z myślą projektową niezbyt wyrafinowanych systemów alarmowych. To całkowicie nowa techniczna jakość, programowanie o stopień wyższe niż obiektowe, zerwanie z tradycyjnym podejściem w projektowaniu prowadzącym do silnie zhierarchizowanych konstrukcji. Poprzez nową architekturę jest to sięgnięcie do rozwiązań z dziedziny sztucznej inteligencji. Na tym nowym pomyśle na architekturę systemową i technologię programowania abstrakcyjnego można budować różne systemy (alarmowe, monitorujące, zintegrowane z CCTV, małej automatyki przemysłowej itd.). Bo ASR jest faktycznie platformą.

Pierwszy produkt na tej platformie – system alarmowy Novator – zadebiutował na ubiegłorocznym Secureksie i zebrał laury za innowacyjność (Mistrz Techniki i Złota Zbroja). Taki system ma cechy, o jakich tylko można pomarzyć w starszych rozwiązaniach. Dowolne typy modułów-komórek można łączyć w dowolny sposób. System sam się konfiguruje, naprawia, automatycznie rozpoznaje środowisko pracy. Dla bezpieczeństwa używa się podpisu cyfrowego, koduje wszystkie transmisje międzykomórkowe.

Przy pracach nad ASR – opowiada dr Tlaga – trochę ze zdziwieniem dowiedzieli się, że zrealizowali 1,5 punktu programu UE określającego kierunki rozwoju europejskiej nauki. Zakłada on... tworzenie systemów autonomicznych, samorozpoznających otoczenie, samoadaptujących się, ze skalowalnym bezpieczeństwem, programowanych agentowo.

Na początku – kontynuuje rozmówca – przeanalizowaliśmy sposoby budowania systemów od strony informatycznej i metrologicznej, której jak podejrzewam, nikt do tej pory nie robił. Warto wiedzieć, że to metrologia stoi u wejścia do informatyki, bo to ona wydobywa ze środowiska informacje, informatyka je przetwarza. Przy tej okazji zauważyliśmy procesy, których informatycy nie zauważają. Także przy pracach nad ASR powstał wieloaplikacyjny, wieloprocesorowy i wielozadaniowy system czasu rzeczywistego pracujący w środowisku rozproszonych procesorów (główny twórca – Jerzy Tlaga).

Systemy agentowe – a nie mają one długiej historii – były i są rozwijane w innych dziedzinach niż ochronne systemy elektroniczne, np. przez badawcze jednostki pracujące dla amerykańskich struktur militarnych. Informatycy trochę zajmują się nimi przy pracach nad systemami bezpieczeństwa dla informatyki. Doktora Tlagę zinspirowały m.in. informacje z Massachusetts Institute of Technology (MIT).

Ciekawostka: przy pracy nad ASR system nie chciał się wyłączyć i zaczął protestować, jak żywy organizm. Z punktu widzenia oceny bezpieczeństwa można powiedzieć, że miał bardzo dużą odporność na klasyczny atak na zasilanie. Jeśli jednak byłby rozmieszczony na kilku piętrach, to z punktu widzenia pracy instalatora nie była to zaleta. Musiała powstać innowacja, kolejny „agent” (kawałek kodu) służący do funkcji włączania i wyłączania systemu. Dano mu nazwę Soul (Dusza). System sam nie ożyje z letargu, trzeba weń tchnąć tę „Duszę”.

Grupa badawcza

Prosty kontaktron można podrobić w różnych, najczęściej dalekowschodnich rejonach świata, produkt zaawansowany już nie tak łatwo. Trzeba go kupić albo samemu zaprojektować i wyprodukować. Dział Badawczo-Rozwojowy jest fundamentem pomysłu na biznes w Alarmtechu. Od 2004 r., po wewnętrznych dyskusjach ten kierunek myślenia zwyciężył jako priorytet w długofalowej strategii firmy.

 

Przez kilkanaście lat – podkreślił dr inż. Tlaga – opracowania mieliśmy w 100% własne, nawet np. oprogramowanie systemów czasu rzeczywistego. To szczególnie ważne w systemach bezpieczeństwa.

Zauważyliśmy prawidłowość. W ramach szaleństwa outsourcingu małe i średnie firmy pozbyły się własnego projektowania. Były to pierwsze miejsca do cięcia kosztów. Zespoły badawcze buduje się trudno, długo i drogo. Jeśli planuje się działania np. w perspektywie kilku lat, ich budowa się nie opłaca. Ale gdy firma jest rodzinna, to trzeba myśleć o rozwoju na pokolenia – minimum 10 lat do przodu.

Szefem zespołu jest Waldemar Tlaga. Pracują w nim jego synowie (Jerzy, informatyk i Jacek, projektant), nową siłą jest Krzysztof Szymański, także po elektronice PG. Żona p. Waldemara – Maria – to również elektronik po tej samej co mąż metrologicznej specjalności. Ciepłe słowa płyną w jej kierunku. To przez jej ręce przechodzą wszystkie projekty, jest głównym specjalistą od CAD-a, przygotowania produkcji, wie o każdej śrubce czy cewce. Z kobiecym zmysłem wyobraźni... generuje np. programy dla robotów montażu powierzchniowego (SMT).

Edukacyjne bariery

Zbudować zespół badawczy jest niełatwo. Nie zdarza się, aby kandydat wybrany ze zdolniejszych studentów i inżynierów mógł od razu projektować np. następne wersje ASR. Po 5 latach studiów musi ze 3 lata terminować. Bo to wprawdzie ma być elektronik, ale ze znajmością technik informatycznych, agentowego programowania, musi umieć budować systemy czasu rzeczywistego... Tego nie dowie się na politechnice, bo tam uczy się tylko „albo tego, albo tamtego”. I niewiele zmienia się w tradycyjnym niezauważaniu przemysłu przez uczelnie techniczne zamknięte w swoich teoretyzujących środowiskach i debatujących np. nad habilitacjami. Nastąpił także upadek nauk przyrodniczych w szkołach podstawowych i średnich. Zmniejszyło się – to chyba zjawisko światowe – zainteresowanie młodzieży naukami technicznymi na rzecz zatopienia się w domowych komputerach, wprawdzie wzmacniaczach kreatywności człowieka, ale dla świata wirtualnego, nierzeczywistego. Gdzieś zniknęli wspaniali nauczyciele, mentorzy.

Jak jest w Szwecji – czy nauka jest bardziej związana z przemysłem? Inżynier Bjorn Gysell odpowiada: mamy 3 duże uniwersytety (Lund, Sztokholm i Upsala). Wszystkie mają tzw. klastry, gdzie studenci, jeśli mają dobre pomysly, mogą stworzyć firmę. Są na to subsydia, m.in. z pieniędzy przemysłu i izb handlowych. Mogą otworzyć firmę, wzrastać. Jeżeli ich idee się sprawdzają, to przychodzą z kapitałem inwestorzy zewnętrzni.

Prawie jak Harry Potter

W Alarmtechu nie ma projektu bez innowacji. Akustyczny detektor zbicia szyby AD 700 zaowocuje doktoratem. Przy detektorach mówimy o technice analizy sygnałowej. To jest szeroki i trudny dział wymagający wiedzy interdyscyplinarnej, nie tylko elektronicznej. Żeby zrobić ten detektor akustyczny, studiowali fizjologię słuchu, szukając inspiracji w sposobie odbierania dźwięku przez ucho.

Czasem tworząc hipotezę badawczą, trzeba szybko się z niej wycofać, bo jest błędna. Potwierdzeniem słuszności wybranej drogi są niekiedy niespodzianki, rzeczy, których badacz się nie spodziewał. Tak było z zasilaczami przy agentowym systemie roju. Powstały urządzenia z funkcją ViP (Voltage-in-Parallel) pozwalające na równoległą pracę wielu zasilaczy nawet różnej mocy na jednej szynie... bez konieczności dodatkowej synchronizacji! Można je łączyć dowolnie, niezależnie od wydajności, nawet „twarzą w twarz” – podzielą się równo obciążeniem. Rynek kupił wynalazek natychmiast.

Korzyści? Klasyczny problem źle działających systemów alarmowych dotyczy za małego napięcia na końcu linii (ok. 90% przypadków). Ktoś zainstalował np. bardziej energochłonne elementy, przewody były za cienkie... Czarny sen instalatora to w gotowym obiekcie kładzenie kabli na nowo, wykuwanie starej linii ze ściany, maskowanie, ciężka, brudna robota. Czy tak być musi? Otóż nie. Wystarczy – jak mówi dr Tlaga – wziąć ten zasilacz i podłączyć go na końcu starej linii. Przyjechała niedowierzająca ekipa z Siemensa, aby obejrzeć tego, jak określono ironicznie, Harry'ego Pottera wśród zasilaczy. Teraz Siemens je kupuje.

Rynki eksportowe

Inżynierowie z Alarmtechu Polska w latach 90. w firmach pod wcześniejszymi szyldami mieli pierwszą na północ od Warszawy linię SMT i sprzedawali 100% polskich produktów na Zachód. Nic w Polsce. W strukturze eksportu obecnej firmy nadal istnieje dysproporcja. Około 20% wyrobów trafia na rynek krajowy i nieco na wschodnie – prawie 80% na Zachód. Rynek polski od zachodniego różni się bardzo. Zupełnie inny jest poziom technologiczny i inne wymagania. Z punktu widzenia prawno-technicznej obudowy sfery technicznych zabezpieczeń Polska jest zapóźniona, bo jest jeszcze częściowo w systemach opartych na normach z początku lat 90.

My – mówi dr Tlaga – opieramy myśl produktów na europejskich normach z serii „EN 50131”, bo wiemy, że wcześniej czy później one wejdą. Ale sytuacja dzisiejsza jest taka, że w niektórych krajach w ogóle nie zwracają uwagi na to, czy one istnieją, czy nie. Jeśli chodzi o systemy alarmowe i szerzej zabezpieczenia techniczne, to w Europie w każdym kraju jest inaczej. Każdy ma też ma swoją instytucję notyfikacyjną.

 


Alarmtech koncentruje działania na produktach dobrej jakości i wysokiego poziomu bezpieczeństwa, które o wiele łatwiej sprzedać na Zachodzie, bo tam są takie potrzeby, a trudniej w Polsce, w której króluje warunek niskiej ceny, a jakość jest często drugorzędna. Na rynkach krajów rozwiniętych, kiedy przedstawiają produkt technologicznie świeży, zaawansowany, z nowymi cechami, pytanie o cenę jest wtórne. W pierwszej kolejności liczą się innowacyjność i szybki termin dostawy.

Alarmtech nie ma jeszcze w kraju np. własnej sieci dystrybucyjnej. Ale powoli ma to się zmieniać – spokojny, sukcesywny rozwój. Firma sprzedaje urządzenia do bardzo dużych firm posiadających sieci dystrybucyjne na całą Europę. To jest np. Siemens, ADI, Group4, Securitas. Patrząc na kraje, do których trafiają produkty, jest to cała Skandynawia, kraje Beneluksu plus Francja i Hiszpania. Mniej jest na południu Europy oraz w Niemczech (silny protekcjonizm), pomimo że wiele detektorów gdańskiej firmy ma atesty VdS. Ale w RFN produkty są obecne na rynku poprzez Siemensa.

Oczywiście jest wygodne mieć kontakty z wielkim dystrybutorami branżowymi. Wystarczy kilku, żeby pokryć swoimi produktami całą Europę. Droga dojścia do takiego kanału dystrybucji jest jednak trudniejsza, ale pomagają w tym dobra jakość wyrobów i potwierdzające ją atesty (VdS, INCERT, SBS, F&P, w Polsce świadectwo Techomu). Alarmtech jest przez tych wielkich traktowany często jako swój. Oni przychodzą nawet, żeby rozwiązywać ich problemy. Polscy inżynierowie robią nawet specjalne produkty na ich zamówienie, które niekoniecznie pasują do własnych planów produkcyjnych... ale noblesse oblige.

O rynku i kryzysie

Po ataku na WTC w 2001 r. zwiększył się popyt na rynek security w całej Europie (banki, inwestorzy). Bezpieczeństwo uzyskało dużą wartość. Był wyścig kupowania firm. „Rekiny połknęły rybki”, zostawiając dla handlu wartościowe nazwy starych firm. Taki proces restrukturyzacji też jest w Polsce.

Waldemar Tlaga: Widziałem wiele wchłonięć (fuzji). Nie było ani jednego, w którym zespół badawczy przetrwał ten proces. Wymieniłbym paru projektantów z pewną wizją. Zrealizowali piękne projekty, na których firma urosła do skali europejskiej. Została kupiona przez jeszcze wiekszą, i po pół roku tego człowieka już tam nie było. Te „orły” nie są w stanie przetrwać w korporacyjnych warunkach koncernów. To są ludzie przywyczajeni do wolności, do swobody badań – poradzą sobie gdzie indziej, ale został zniszczony duży dorobek.

Dla mniejszych firm z zapleczem badawczym opisywane zjawisko niekoniecznie jest złą wiadomością. Ileś razy zdarzało się, że ci duzi, którzy kupili dobrych małych, pół roku później stukali do drzwi Alarmtechu z problemem do rozwiązania, wiedząc, że mają dobry zespół badawczy. Myśleli jak w korporacji: „To się kupi”.

Jak z kondycją gospodarczą firmy? W Alarmtechu jak gdzie indziej czasem biorą kredyty obrotowe, ale inwestycje finansują tylko z bieżących zysków. Obowiązuje zasada jak na morzu: bezpieczeństwo przede wszystkim.

Objawy kryzysu na rynku europejskim były dla nich widoczne już od jesieni zeszłego roku. Niektórzy dystrybutorzy znacznie zmniejszyli zamówienia. Wspólnicy wsiedli w samolot i polecieli po Europie na rozmowy, po których wolumen zamówień wzrósł. Niespodziewanie znalazł się duży odbiorca na opisane oryginalne technicznie zasilacze. Przyśpieszono ich wdrożenie. Przesunięto nieco prace nad systemem alarmowym na zaangażowanie w prostsze systemy monitorowania obiektów. W efekcie jest może lepiej, niż było.

Kryzys to nic złego – konkluduje dr inż. Tlaga. – Oznacza on konieczność dostosowania się i tworzenia innowacji (ma być lepiej i lepiej byłoby, gdyby taniej). Szefowie w czasach prosperity są nieufni wobec nowości – poczekamy, zobaczymy – bo pierwszoplanowy jest strach o posady. W kryzysie, gdy wszyscy tracą, już się tak nie ryzykuje, a można zyskać.

Produkcja w Gniewie

W siedmiotysięcznym pomorskim miasteczku Gniew Alarmtech ma swój zakład produkcyjny. Był wcześniej zakładem produkcji elektronicznej (Wega). Alarmtech wykupił go w obliczu niewypłacalności. W trzech etapach inwestycyjnych wykonano system ogrzewania, klimatyzację, docieplenie zewnętrzne budynków, zakupiono maszyny i osprzęt produkcyjny. Inwestycja jest udana, 50 dobrych fachowców nie straciło pracy, na czym Alarmtech też skorzystał. Niezamożnej gminie nie pogorszyły się statystyki bezrobocia. Atmosfera pracy jest lepsza. W Gniewie oraz w Tczewie jest przychylniejsza atmosfera we władzach dla biznesu niż w Trójmieście.

 

Zakład posiada certyfikat ISO 9001, będzie teraz z serii ISO 14 000 (ochrona środowiska). Cała logistyka firmy jest zarządzana komputerowo. System planowania produkcji jest centralny. Produkcja jest w zasadzie tylko na konkretne zamówienia, każde z nich jest rozpisywane na kolejne etapy wytwarzania. W jednej z hal pracują linie automatycznego montażu powierzchniowego (SMT), z automatycznym transportem i technologią lutowania w piecu na końcu (reflow). Lutuje się na pastę i na klej – mówi Krzysztof Gmyrek, szef produkcji. – Gdy jest lutowanie rozpływowe (reflow), stawia się elementy z pastą przez wzorniki precyzyjne. Płytki przekazuje się do montażu ręcznego. Stosowana jest także druga technologia lutowania na tzw. fali, szczególnie gdy jest przewaga elementów przewlekanych. Automat do lutowania na fali jest bardzo nowoczesny, bezołowiowy i pracujący w atmosferze azotu.

Różne produkty w różnych fazach przygotowania trafiają na kilkadziesiąt stanowisk montażu ręcznego. Są wśród nich stanowiska testerów, niektóre służą do testowania pośredniego i kalibrowania. Jest komora bezechowa do testowania testerów. Wyroby podlegają 100% sprawdzeniu. Jest to testowanie z markowaniem elektronicznym, tzn. w pamięciach mikroprocesorów w produktach oraz w firmowych bazach danych przechowana jest historia każdego: kto testował, kiedy, z jakimi wynikami itd. Produkty mikroprocesorowe mają wbudowane rejestratory zachowania. To pomysł umożliwiający – na podstawie zapisu pracy w polowych warunkach np. po kilku latach – lepsze projektowanie kolejnych generacji urządzeń.

 

Jak na każdej produkcji jest kompletacja, montaż w obudowę i pakowanie do pudełek. Są ponadto stosowane statystyczne procedury sprawdzania według standardów wojskowych. Z palety zapakowanych gotowych wyrobów losowo wybiera się partię i rozkłada do zera. Znalezienie jednego błędu w statystycznej próbce powoduje zniszczenie, w pewnym sensie, ładunku całej palety. Ludzie nauczyli się, że błędy są pracochłonne i kosztowne i właściwie takich sytuacji już nie ma. Skrupulatne są też niezapowiedziane coroczne kontrole z VdS sięgające aż do poziomu technologicznego.

Krzyżacka perła

Przy wejściu do Zamku w Gniewie witał nas kasztelan gniewski Jeremi ze Struczyna (Jarosław Struczyński) odziany w bogaty strój szlachecki i czapę z piórem. Założony bodaj w 1298 r. zamek, największy po lewej stronie Wisły, był domem komturów krzyżackich, a w czasach polskich siedzibą starostów, własnością wielkich rodów, a także króla Jana III Sobieskiego i jego żony Marysieńki. Teraz odbywa się w nim wiele imprez typu „historia na żywo” – poza realizacją celów edukacyjnych zarabiających na utrzymanie obiektu. W zamku wypalonym do skorupy w trzech skrzydłach w 1921 r. i po 1960 r. restaurowanym na raty (w dwóch etapach) pilna jest np. wymiana dachów. Gmina szuka przetargowo dla zamku właściciela i nawet obniżyła cenę sprzedażną, ale poźniejsze inwestycje są kosztowne. Kryzys nie jest na to wszystko czasem sprzyjającym.

 

W 1626 r. w Gniewie szwedzki król Gustaw II Adolf dał łupnia Zygmuntowi III Wazie (druga wersja mówi o nierozstrzygniętym pojedynku). Alarmtech jest głównym sponsorem zamku, a on sam dumą Bjorna Gysella. Firma sponsoruje Żóły Regiment Piechoty w służbie szwedzkiego monarchy („pod sztandarem” Alarmtechu). Historycznie odzianych kilkudziesięciu żołnierzy jest wyposażonych m.in. w repliki muszkietów zrobione przez gniewski oddział firmy... Rolls Royce. Regiment posiada 4 armaty. Sam z jednej wystrzeliłem „ślepakiem” po komendzie kapitan roty artylerii Beaty Goduli. Z takich armat ok. 400 lat temu z podobnym wielkim hukiem miotano okrągłe kule na odległość podobno do 3 mil.

System alarmowy na Westerplatte

Alarmtech wspiera grupę pasjonatów historycznych chcących odtworzyć miejsce, w którym zaczęła się II wojna światowa i zbudować tam Muzeum Westerplatte. Ludzie ze Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznej Wojskowej Składnicy Tranzytowej odkryli Westerplatte na nowo. Dotyczy to nawet nieznanych faktów wywołujących wątpliwości i pytania (np. w świetle materiałów majora Fabiszewskiego, komendanta Składnicy przed mjr. Sucharskim, który przygotował placówkę do dłuższej obrony).

 

Mariusz Wójtowicz-Podhorski, prezes stowarzyszenia, powiedział nam o przygotowywanej do druku książce swojego autorstwa („Westerplatte 1939 – prawdziwa historia”), że nieoczekiwanie rozrosła się do 700 stron, w tym ze 100 stron treści przybyło dzięki Alarmtechowi, tak jak i pokaźna część nigdy niepublikowanych 400 zdjęć.

Stowarzyszenie zbiera do muzeum broń używaną na Westerplatte (oraz jej duplikaty, bo oryginałów już nie ma), wyposażenie, pamiątki, dokumentację techniczną nieistniejących obiektów, archiwalne zdjęcia, filmy, relacje, dokumenty pisane, mapy. Były nieproste logistycznie wyprawy, np. po zakup i przywóz dział z Finlandii. Z trzech obecnie posiadanych przez stowarzyszenie dwa zasponsorował Alarmtech. Jest to tzw. rosyjska Putiłowka wz. 1902 i szybkostrzelny, przeciwpancerny Bofors z 1939 r. (kal. 37 mm, konstrukcja szwedzka, były produkowane na licencji w Pruszkowie). Zebrano kolekcję broni maszynowej, niekiedy z wykopów, niektóre z partyzancką przeszłością. Są to: erkaem wz. 28, lekki karabin maszynowy Maxim wz. 0815 i dwa cekaemy wz. 30.

Nikt nie przypuszczał, że ostrzał pancernika „Schleswig-Holstein” przetrwa delikatna porcelana z kasyna oficerskiego na Westerplatte. To była niespodziewana historia, podróż w świętokrzyskie i prezent od losu, a także trochę od patriotycznego spadkobiercy kolekcjonera, który uznał, że zwrot kosztów mu wystarczy. Kilkadziesiąt elementów zastawy stołowej (waz do zupy, sosjerek, cukierniczek, talerzy, filiżanek, dzbanków itd). Są autentyczne, mają ślady użytkowania, sygnatury produkcyjne z różnych okresów (m.in. Ćmielowa). Na niektórych naczyniach są drobne wżery po bombach fosforowych, nadtopienia szkliwa, spłynięte łezki emalii!

I rewelacja dla polskiej branży zabezpieczeń technicznych! Odkryto dokumenty o systemie alarmowym założonym na Westerplatte w 1932 r.! Nie wiadomo, czy był pierwszy w Polsce; w Wojsku Polskim – możliwe. Szkic odręczny znaleziono w muzeum Sikorskiego w Londynie. Jest kilka ciekawych korespondencji, dokumenty przed wojną były opatrzone sygnaturą „tajne”, dotąd nie odnalazł się projekt techniczny. Napiszemy o tym wkrótce.

***

Prawdziwy mecenat to zjawisko rzadkie. Część z firm dotujących tzw. szczytne cele nie robi tego bezinteresownie, ma w tej charytatywności ukryty cel marketingowy. Ten cel w Alarmtechu jest na dalszym planie, choć np. można zrobić wrażenie nawet na światowych gościach, przywożąc ich w miejsce z 700-letnią historią, gdzie firmę traktują prawie jak gospodarza. Bjorn Gysell i Waldemar Tlaga do realizacji swojego wyobrażenia mecenatu nie zatrudniają specjalistów od PR, ale osobiste poglądy i emocjonalne zaangażowanie. Uważają, że tak trzeba robić – dla siebie, dla innych, dla następców.

 
POLECAMY!

Bezpłatnie

Polish (Poland)

Ta strona używa plików cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Wiecej informacji o cookies i sposobach ich usuniecia mozna znalezc w naszej polityce prywatnosci.

Akceptuje cookies z tej strony.